Jestem dumna z tego kim jestem. Przynajmniej próbuję. Ostatnio jednak mi to nie wychodzi. Ta pustka wewnątrz jest przerażająca. Taki pusty pokój, który dla mnie architekta jest nie do przyjęcia. Walące się ściany to już całkowita porażka. Jak można być z siebie dumnym mając tyle wad? Może to nie jest duma z bycia dumnym, może to po prostu jest forma obronna, duma - bo nic innego mi nie pozostaje. Wydawałoby się, że w końcu już sobie ułożyłam życie, że się ustatkowałam. Wyciszyłam. Wszystko było uporządkowane w moim wewnętrznym pokoju, nawet rzekłabym, że mieszkaniu. Jednak ja, któregoś dnia po prostu wzięłam i to rozpierdoliłam, brzydko mówiąc. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że nie czułam się tak jak człowiek powinien czuć się w swoimi wymarzonym gniazdku. Zawsze mi czegoś brakowało, jednego mebla, który by dopiął całości i stworzył moją przystań. A może to jednak mi czegoś brakowało, a nie mieszkaniu. Może ja jestem niezdatna do zacumowania w jednej przystani. Może nie mam stałego adresu zamieszkania. Może moje życie składa się z samych przystani. Jednak czasem przeraża mnie ten sztorm i niemożność wybudowania trwałych fundamentów. W tym przypadku fundamenty były, ale brakowało mi okna na świat i.. łóżka. Było mi dobrze, ale tylko dobrze. Brakuje mi tego, bo kto by nie chciał, żeby było mu chociaż dobrze, w zamian złego. Jednak po raz kolejny się przeprowadziłam, tym razem pod most, bo z moich zgliszczy na razie nie da się nawet wybudować garażu. Bezdomna. Tak, tak się teraz czuję.